Czy łatwiej dać zastrzyk - czy okazać miłość?

Na temat eutanazji można dyskutować, prowadzić debatę "na wizji" i "na łamach". Dobre ziarno - dobre owoce rodzi, więc należy mieć nadzieję, że te dyskusje komuś pomogą, że ktoś zmieni nieetyczne poglądy...

     W wielu państwach uchwala się ustawy zezwalające na aborcję, na doświadczenia na ludzkich zarodkach, na eutanazję itd... Wokół nas zdaje się rozlegać upiorny, triumfalny chichot doktora Mengele. Na szczęście im więcej mówi się o eutanazji - tym więcej pojawia się woluntariuszy, gotowych poświęcić swój czas i siły, aby chronić życie na wszystkich jego etapach, aby nieść ulgę w cierpieniu i zanieść iskierkę nadziei tam, gdzie zdawałoby się żadnej nadziei już nie ma.

 

     To właśnie ci ludzie - wspaniali i bezinteresowni - z potrzeby serca czynem potwierdzają, że w społeczeństwach istnieje i funkcjonuje jakaś niezwykła siła samooczyszczania.

    Aby powiedzieć "NIE!" szerzącej się bezduszności, egocentryzmowi, wreszcie zanikowi wszelkich ludzkich uczuć - woluntariusz spędza długie godziny przy łóżku umierającego. Nie tylko wykonuje niezbędne zabiegi pielęgnacyjne i lecznicze, ale głównie daje choremu ciepło, poczucie pewności, że w każdej chwili może liczyć na pomoc i wsparcie. Często, jako ktoś z zewnątrz, może pomóc więcej niż najbliższa rodzina, wobec której chory nie chce być w pełni szczery, by najbliższych nie przerażać! Byłam kiedyś świadkiem ostatnich tygodni życia 60-letniego mężczyzny. Był wdowcem, miał dwie młode, kochające córki. Od dzieciństwa był pieszczony - jako ukochany, uroczy synek. Po ślubie rozpieszczała go żona. Umierając nie miał nikogo, kto by go mógł rozpieszczać lub choćby tylko popieścić. Dusił się z powodu licznych przerzutów nowotworu na płuca. Troskliwe córki z dużą starannością wykonywały przy nim wszystkie niezbędne czynności pielęgnacyjne.

     Wtedy przyjechała lekarka-wolontariuszka, pani około 8O-tki, drobniutka i delikatna. Gdy pielęgniarka wykonywała konieczne zabiegi, ona otoczyła umierającego ramionami i zaczęła przemawiać do niego najczulszymi słowami. Nazywając go swoim najdroższym syneczkiem - gładziła i całowała umęczoną głowę. Na jego twarzy rozlał się błogi spokój. Wyglądał naprawdę jak małe, chore dziecko w ramionach czułej matki.

     Wtedy zrozumiałam, że nikt nie mógł zrobić dla umierającego tego, co zrobiła wołontariuszka, wykorzystując nie tylko swoją ogromną wiedzę i doświadczenie, ale dając mu w łych trudnych chwilach całe swoje serce. Żadna z córek nie mogła mówić do niego takimi słowami, a on pragnął poczuć się tak bezpiecznie, jak kiedyś na kolanach matki.

     I tu zaczęła mnie prześladować myśl o chorych, którzy proszą lekarzy o śmierć. Lekarz, który w rzekomej trosce o chorego wypowiada się na temat koniecznej dopuszczalności eutanazji nie chce rozumieć, że ta prośba o śmierć jest krzykiem rozpaczy beznadziejnie samotnego człowieka. Gdyby przy cierpiącym znalazł się ktoś, kto by okazał mu serce - każdy ból wydałby się łatwiejszy do zniesienia.

     W Poznaniu wolontariat rozwija się coraz lepiej. Ci ludzie nie dyskutują o eutanazji.


Aleksandra Napierała
Udostępnij
BACK_TO_TOP_OF_PAGE