Zawsze można "coś" zrobić

Elżbieta Fulek (Rozmowa przeprowadzona 2 maja 2002 z Panią Elżbietą Krasicką Galewską, anestezjologiem, zmarłą 12 maja w niedzielę rano).


Pierwszy raz rozmawiałam z Panią Elżbietą przez telefon. Powiedziała wtedy:

- Dobrze, możemy pomówić o hospicjum. Ale musi pani wiedzieć, że ja umieram. Jeśli to pani nie przeszkadza, to możemy spotkać się na parę minut. Nie będziemy rozmawiały długo, bo szybko się męczę.

W ten sposób w gorący dzień początku maja znalazłam się na żoliborskim, zielonym osiedlu. Pani Elżbieta, 66-letnia lekarka chora na raka, mieszka na VIII piętrze. Drzwi otworzyła mi jej córka, ładna młoda ciemnowłosa kobieta.

- Zaraz powiem mamie, że pani przyszła. Chwilami może być trudno porozumieć się z mamą, wtedy trzeba lekko poklepać ją po ręce.

Śp. Elżbieta Krasicka-GalewskaZ okna pokoju pani Elżbiety widać rozległą panoramę Warszawy, z wiosennym Żoliborzem i Trasą Toruńską na pierwszym planie. W środku pokoju niewielką przestrzeń 8-10 m2 zajmuje kanapa, mały stół z bukietem tulipanów w wazonie, dwa regały z książkami, jakaś szafka. Miejsca zostaje zaledwie na krzesło, na którym siedzę, i tyle, ile trzeba dla otwarcia drzwi do przedpokój. Na ścianie naprzeciw łóżka wisi panoramiczne zdjęcie Jerozolimy, obok zaś dwa dziecięce rysunki – aniołki. Na regale przyczepiony jest obrazek z żółtym samolotem, podpisany "Bogusia".

- To rysunki mojej wnuczki. Ma 7 lat. Resztę ostatnio zdjęliśmy i włożyliśmy do osobnej teczki. Cały pokój był nimi oklejony, podobnie jak sąsiedni. Nie było wcale widać książek. To wszystko "dla babci" z różnych okazji i bez okazji.

Pani Elżbieta od czterdziestu jeden lat jest lekarzem, od siedmiu związana z hospicjum. Jest drobną kobietą o krótko obciętych siwych włosach. Ręka, którą podała mi na przywitanie, jest delikatna i sucha.

- Hospicjum to ogromny dar. Czułam się tam naprawdę bardzo potrzebna. Poza tym 400 zł – pracowałam na ćwierć etatu – jako dodatek do emerytury jest też ważne. Jednak ta praca ma jakiś dodatkowy wymiar. Nowotwór jest chorobą całej rodziny, nie tylko pacjenta.

Wszystko zaczęło się tak naprawdę w 1996 roku od wyjazdu na Ukrainę. Tam, w polskim kościele w Kijowie, lekarka zobaczyła obraz Chrystusa z podpisem: "Cokolwiek zrobiłeś jednemu z tych najmniejszych". W tym samym roku znalazła się w Częstochowie na dniach skupienia z kilkoma koleżankami, które już były zaangażowane w pracę hospicjum. Na pytanie, dlaczego zdecydowała się włączyć w to dzieło, odpowiada jedynie, że odkryła w sobie takie pragnienie. Już 5 lat wcześniej myślała o czymś takim, a w 1996 roku był najodpowiedniejszy moment. Zresztą, w całej tej historii była ingerencja Boża: terminy wyjazdów pokrywały się początkowo.

- Gdybym musiała wybrać, pojechałabym pewnie na Ukrainę, a nie do Częstochowy z koleżankami pracującymi w hospicjum – przyznaje pani Elżbieta.
W domu panuje spory ruch. Na korytarzu drzemie pies, drugi leży w nogach na łóżku chorej – gdy się pojawiłam, zaczął ujadać. Gdzieś jeszcze powinien być kot, ale najwyraźniej nie ma ochoty pokazywać się obcym. Najmłodszy wnuk, miesięczny Witek, śpi. Jego mama przerwała na chwilę prasowanie, żeby zaproponować mi herbatę. Około 30-letnia kobieta ma w sobie wiele życzliwości i ciepła.

- Oni są najbiedniejsi – mówi pani Elżbieta o swojej rodzinie. – Są dla mnie wielką pomocą. Kiedy pielęgniarka w szpitalu źle wkłuła mi się w żyłę, córka bardzo się przejmowała, że nie może podać mi leków. Ulgą dla niej był fakt, że koleżanka z hospicjum też nic nie może zrobić, i trzeba się wkłuć jeszcze raz. Na rękach starszej pani widać wiele siniaków.

- To efekt szpitala – wyjaśnia. – Moje dziewczynki, to znaczy dziewczyny – poprawia się – bardzo dobrze umieją się już wkłuwać w żyły. Bo widzi pani, żyły umierającego są bardzo trudne.

Hospicjum to przede wszystkim bycie z ludźmi. Pani Elżbieta szczególnie dobrze wspomina pewną inteligentną kobietę, świadomą swojej sytuacji:

- Bardzo ze mną współpracowała. Była ufna. Wierzyła, że jeśli zrobi, jak jej radzę, to będzie jej lepiej. I jej rodzina też bardzo pomagała. Był też pewien pan – niesłychanie bogaty, pewny siebie, nonszalancki. Oprócz pomocy z hospicjum korzystał też z usług radioterapeuty czy kogoś takiego.

- Powiedziałam mu, że jeśli wierzy temu człowiekowi i to mu pomaga, to dobrze. Ja daję to, co mogę. Tamten człowiek chyba obiecywał, że go wyleczy. Ja nie ukrywałam, że jego stan jest bardzo poważny. Pojechał do tego radiestety do Szczecina na 2 dni i umarł tam. Zawiadomiła mnie o tym jego żona, a później przysłała mi kartkę z podziękowaniem za moją rozmowę z jej mężem. Więc może potem zastanawiał się nad czymś.

Pytam o trudne sytuacje. Kiedy czuła się najbardziej bezradna.

- Czasem było tak, że nie potrafiłam obronić pacjenta przed rodziną. Pewien pan umierał, a jego żona zażądała, by zabrać go z domu. Tak bała się śmierci. Byłam na nią po prostu wściekła. Wyjechałam na 5 dni, a kiedy wróciłam, pielęgniarka powiedziała mi, ze on już umarł. Mówiła mu: "Niech pan poczeka, pani doktor wróci za kilka dni", a on machnął tylko ręką: "Co ona może", i umarł, zanim wróciłam. Żałosne jest też gdy ludzie umierają w slumsach: w brudzie, bez opieki. Im też niewiele można pomóc. Czasem przychodzą do nich siostry zakonne – zmieniają pościel, przyniosą zupę, umyją, ale to wszystko za mało.

Pani Elżbieta jest coraz bardziej zmęczona. Chwilami przymyka oczy, zdaje się, że zasypia. Zaraz jednak wraca do opowiadania, pyta, na czym skończyła. Wyjaśnia, że w chorobie nie jest najstraszniejszy osławiony ból. Można go najłatwiej opanować lekami. Gorzej, gdy pojawią się duszności, nudności. Leki powodują osłabienie, senność. Organizm jest odwodniony, z drugiej strony puchną nogi. Można podać kolejne leki, ale wtedy koło się zamyka, bo działanie tych preparatów polega znowu na odwodnieniu. Rozmawiając ze mną, wciera w dłonie krem nawilżający.

- Najgorsza jest bezsilność i uzależnienie od ludzi. To straszne, gdy w domu jest malutkie dziecko, a ja w niczym nie mogę pomóc. Jeszcze oni mają ze mną dodatkowy kłopot.

Dopytuję jeszcze o pracę w hospicjum. Pani Elżbieta zwierza się, że najtrudniejszy był moment, gdy pacjent stwierdzał, że nikt nic już nie może dla niego zrobić. A to nieprawda.

- Do końca można coś zrobić. Na przykład to, że wiem, iż przyjdzie ktoś z hospicjum, niezależnie od tego, czy to zobaczę, czy nie. Wczoraj była u mnie koleżanka. Zmieniła mi pompę do podawania leków, a ja nawet się nie obudziłam. Potem rodzina mówiła mi, że już była. Mam poczucie bezpieczeństwa. Codziennie ktoś z nich jest u mnie.

Pani Elżbieta jest chora od listopada. Teraz zostało jej, jak sama mówi, kilka dni życia. Jak może wspominać o tym tak po prostu, mimochodem?

- Bez wiary nie da się przejść przez chorobę bez lęku, protestów, pytań "dlaczego". Pierwsze, co zrobiłam, to podziękowałam Bogu, że to spotkało mnie, a nie moją córkę. Przecież ja i tak nie wychowałabym tych dzieci – dodaje.

A czy można przeczuć nadejście choroby? W jakimś sensie tak.

- Już pół roku przed pierwszymi objawami zauważyłam – wyznaje Pani Elżbieta – że praca nie daje mi takiej satysfakcji jak wcześniej. Miałam o to do siebie żal. Może wiązało się to w jakiś sposób z chorobą. Może moje pragnienie pracy w hospicjum miało coś wspólnego z tym wszystkim…

Pani Elżbieta stale ma przy sobie niewielką granatową torebkę na pasku. Jest z nią połączona plastikowym przeźroczystym przewodem. W środku znajduje się pompa podająca leki. Pasek od torebki musi być stale przełożony przez ramię.

- Nie mogę o tym zapomnieć, a z pamięcią u mnie coraz gorzej – wyjaśnia starsza pani poprawiając skręconą taśmę.

- Interesuje mnie, jak rodziny reagują na nowotwór.

- Niektórzy chcą od nas, znaczy od hospicjum, opieki całodobowej. Tego nie możemy zapewnić. Zdarza się, że proponujemy komuś hospicjum stacjonarne, gdy rzeczywiście na ma komu zająć się chorym w domu. Zwykle jednak rodzina jakoś włącza się w opiekę nad pacjentem. Zdarza się, że później, po śmierci osoby bliskiej, chcą pracować w hospicjum.

- A Pani córki?

- Młodsza ostatnio, w czasie mojej choroby, odkryła, jaką wartość ma taka praca. Ale ona pracuje, często jest w domu dopiero o 20.00. Teraz, ze względu na mnie, wzięła urlop. Druga córka ma troje dzieci, więc też nie ma czasu. Chociaż w tym słynnym, pierwszym hospicjum, przy parafii św. Zygmunta, była pani, która miała dziecko niepełnosprawne umysłowo i równocześnie zajmowała się dwudziestoma pacjentami. Nie wiem, jak to możliwe. Moi koledzy czasem mieli dziewięciu pacjentów. Ja nigdy nie mogłam mieć więcej niż pięciu.

Rozmowa toczy się coraz wolniej. Najwyższy czas ją kończyć. Minęła już ponad godzina, odkąd zajęłam krzesło przy łóżku umierającej kobiety. Ostatnie pytania.

- Czy ktoś z pracujących w hospicjum tracił wiarę, odchodził?

- Był jeden pan, poznałam go jeszcze w 1996 roku w Częstochowie. Odszedł. Wydaje mi się, że on po prostu tu nie pasował. Był jakiś arogancki, wszystkich poprawiał. I ksiądz z niego zrezygnował, to był jedyny taki przypadek. A tak, to nie zdarza się, aby ktoś odchodził. W większości przychodzą ludzie wierzący, a z pomocą Boga wszystko można.

Przy pożegnaniu zastanawiałam się, czego mogę życzyć mojej rozmówczyni.

- Niech mi pani życzy – podpowiada Pani Elżbieta – żeby to nie było już długo. To nie są straszne życzenia.

- Dobrze – zgodziłam się. Ale nie przeszło mi przez gardło to zdanie. Jakoś bez sensu zabrzmiało też "do widzenia".

Kiedy wyszłam przed blok, było niezwykle ciepłe majowe popołudnie. Wszystko wokół mieniło się zielenią. Chciałoby się siąść na jakiejś ławce i rozkoszować wiosennym słońcem. Nie zapytałam Pani Elżbiety, czy nie żal jej umierać w tak piękną pogodę.
 

Pożegnanie Pani Elżbiety Krasickiej-Galewskiej

 Księżom wykazującym bezmiar tolerancji wobec mojego nieustannego swarzenia się z Bogiem,
- mojemu stałemu spowiednikowi ks. Januszowi Strojnemu, profesorowi Metropolitarnego Seminarium Duchownego w Warszawie
- ks. Dziekanowi Antoniemu Dąbkowskiemu, proboszczowi parafii św. Jana Kantego – mojemu proboszczowi.
- ks. Andrzejowi Dziedziulowi, dyrektorowi Ośrodka Hospicjum Domowe z Warszawy ul. Wileńska 69 – mojemu opiekunowi duchowemu w sprawach bieżących i nagłych.

Wszystkim najbliższym:
- Rodzinie,
- niezawodnym przyjaciołom z lat licealnych i pracy, obecnym kolegom z mojego Hospicjum,
- góralkom, które przykładnie uczyły mnie ufności,
- znajomym i sąsiadom nie opuszczającym mnie do końca.

Wobec Was, którzy otoczyliście mnie modlitwą i wyrzeczeniami oraz fizyczną obecnością, stwarzając mi komfort przejścia, pozostanę na zawsze dłużniczką.

Bóg wyrówna ten dług jak zechce, ale ośmielam się Jemu sugerować, że ten sposób jest najlepszy. Bo komfort umierania to coś zupełnie innego niż godność umierania, bo dla mnie to slogan, którego treść budzi moją wątpliwość, a o komforcie umierania mówię ze znajomością rzeczy. Jest w dużym stopniu do osiągnięcia we współpracy z ludźmi takimi jak Wy i chyba zawsze warto starać się o stworzenie go odchodzącym.

Dziękuję Wam i niech nas wszystkich Bóg ma w swojej opiece.

Udostępnij
BACK_TO_TOP_OF_PAGE