Nawrócenie

30 sierpnia 2005

Całą noc na zmianę z Michałem, moim synem, siedzieliśmy przy Joli. Ona umiera. To jest ostatnie stadium raka trzustki z wszelkimi możliwymi przerzutami. Lekarz mówi, że może umrzeć w każdej chwili. Jestem zrozpaczony. Nic więcej z siebie teraz nie wyduszę.

 31 sierpnia

Dziś o godzinie 7.33 Jola zmarła na moich rękach. Zmarła tracąc oddech – chwilę wcześniej wzywała mnie na pomoc. Rozpaczliwie ratowałem ją tlenem z butli, lecz gdy dotarło do mnie że to nieodwracalna agonia, zabrałem tlen nie chcąc by się męczyła zbyt długo. To najstraszliwsza decyzja w moim życiu.

Padłem przy jej łóżku na kolana powtarzając bezwiednie "Wieczny odpoczynek racz Jej dać Panie, a Światłość Wiekuista niech Jej świeci…".

5 września

Dziś w południe pochowałem moją ukochaną dziewczynę. Na pogrzeb przybyło bardzo ale to bardzo wielu ludzi, co drugi miał autentyczne łzy w oczach. Po raz kolejny się dowiedziałem jak niezwykłą osobą była Jola. "Budziła zaufanie bijącym od niej ciepłem", "było w niej jakieś światło" – takie opinie od kilku dni słyszę od wielu różnych osób.

Strasznie się bałem dzisiejszego dnia. Że nie przetrzymam – zemdleję, rozpłaczę się na oczach wszystkich i nie powstrzymam wycia do aż końca ceremonii, że nie odważę się spojrzeć na trumnę, zwłaszcza gdy będzie jeszcze otwarta.

Ale wczoraj wieczorem zdarzyło się coś dziwnego (właściwie to już nie raz od dnia jej śmierci zdarzają mi się dziwne rzeczy). Otóż szukając samotności wsiadłem w samochód, zacząłem krążyć po mieście i – coś mi kazało wejść do kościoła. Zacząłem się modlić – z nakazu jakiegoś głosu wewnętrznego. Prosiłem Boga o siłę niezbędną do opanowania siebie – nie o wygaszenie bólu, nie o zapomnienie, nie o przytłumienie doznań, ale tylko o siłę konieczną do stawienia czoła rzeczywistości. Wróciłem do domu – i nic. Wstałem rano – nadal nic, chce mi się tylko wyć i nic więcej. Ale gdy zacząłem się ubierać do wyjścia na tzw. pożegnanie czyli wystawienie otwartej trumny, wszystko się zmieniło. Opanowałem się, pewnie dojechałem na miejsce, zaś patrząc na zwłoki Joli – choć serce się ściskało – uśmiechałem się na jej widok! Wszyscy pozostali (rodzina i najbliżsi przyjaciele) płakali a ja się uśmiechałem! Tak niewiele, półgębkiem ale tak! Życząc jej w myślach szybkiego dotarcia tam, gdzie może być już tylko radosna i szczęśliwa, i wyrażając nadzieję, że się tam kiedyś spotkamy ponownie, tym razem już na wieczność. To było ze wszech miar niezwykle – przeszywający ból a jednocześnie radość! Pocałowałem ją w czoło, pogłaskałem po policzkach, przez chwile ogrzałem jej zimne dłonie (bardzo często miewała zimne dłonie i ja je ogrzewałem swoimi), powiedziałem: "Nie żegnaj tylko do widzenia" i udałem się na pogrzeb, gdzie ten nastrój nadal mnie prawie nie opuszczał. Potem w równie dobrej formie przetrzymałem ceremonię pogrzebową. Co więcej, zdobyłem się na to, by na koniec stanąć przed ludźmi i w kilku ciepłych, składnych słowach podziękować im za towarzyszenie mojej żonie w jej ostatniej drodze. (Normalnie to na widok dużej grupy nie mogę odnaleźć języka w gębie – nie jestem typem mówcy).

Zacząłem ponownie wyć dopiero po powrocie do pustego mieszkania ale to już nie trwało długo. W tej chwili nawet mogę pisać, co jak na stan mojego umysłu w ostatnich dniach jest niesamowitym wyczynem. Mam głębokie przekonanie, że stał się cud udzielenia mi Łaski – bo nie mam żadnej wątpliwości, że swoimi siłami bym tego nie osiągnął.

Teraz mi trochę jakby lepiej choć ból i tęsknota nadal są obezwładniające. I chciałbym żeby już tak zostało – z tym jednym warunkiem żeby odzyskać możność funkcjonowania w świecie realnym, bo przecież mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia i kilka bliskich osób, którym się należy moja opieka.

7 września

Od kilku dni wreszcie wiem, jestem człowiekiem wierzącym. Moje wcześniejsze zmagania z wiarą to długoletnie rozważania typu "filozoficznego", czasami intensywniejsze, czasami prawie zarzucone, wspierane lekturami i rozmowami. Uparłem się, że do wiary dojdę, albo ją odrzucę, na drodze czysto intelektualnej. I prawdę mówiąc, prawie tę wiarę osiągnąłem. Prawie. Doszedłem w końcu do wniosku, że światopogląd materialistyczny jest niewystarczający do objaśnienia rzeczywistości, gorzej – jest wręcz sprzeczny wewnętrznie. A wiec musi być "cos jeszcze", jakaś transcendentna nadrzeczywistość, w której materia jest tylko zanurzona. I to musi być, oczywiście, rzeczywistość boska. W swojej przemądrzałej pysze nie przewidziałem jednak, że dojść do takiego wniosku "intelektualnie" a rzeczywiście posiąść autentyczną wiarę to zupełnie różne rzeczy!

No i teraz mogę powiedzieć, że Jola na pożegnanie zostawiła mi w darze łaskę wiary. Decydującym momentem był niewyobrażalny ból tuż po jej śmierci. Nie istnieją przymiotniki, którymi mógłbym tę rozpacz zapisać. To jest najbardziej traumatyczne doświadczenie w moim życiu, coś czego absolutnie nie mogłem wcześniej przewidzieć ani sobie wyobrazić – mimo iż wydawało mi się, że z perspektywą jej nieuniknionego odejścia ukochanej żony już się oswoiłem i pogodziłem. Kluczowe jest to, że po prostu nie mogłem nie zacząć się modlić, w sposób zupełnie nieoczekiwany dla samego siebie, całkowicie spontanicznie i z nieznaną mi do tej pory żarliwością. Te potrzebę odczuwałem i realizowałem jeszcze wielokrotnie później. To w niczym nie przypomina czytania z książeczki do nabożeństwa. To były – są nadal – rozmowy z Bogiem, z Jolą i z samym sobą jednocześnie, sięgające szczerością poziomu, o który nigdy siebie nie podejrzewałem i który nie wydawał się w ogóle możliwy. W ich trakcie od nowa poznaję samego siebie, w znacznej mierze takiego, jakiego nie znalem do tej pory. Nie planuję tych modlitw, po prostu w jakimś momencie same ze mnie wypływają.

Do tej pory praktycznie nie znalem pojęcia modlitwy. Teraz znam.

Mógłby powiedzieć jakiś psycholog – "normalna" reakcja psychiki poddanej silnemu stresowi. Zapewne mógłby on mieć do czynienia z wieloma podobnymi przypadkami, zrobiłby z tego jakąś statystykę, poddał analizie i przedstawił "naukowo" odwołując się do jakiejś teorii osobowości. Ale ja to teraz znam od środka i wiem na pewno, to jest doświadczenie daleko wykraczające poza świat pojmowalny. Tego nie da się wtłoczyć w świat materialny – ewolucja jest pragmatyczna i nie miałaby żadnych powodów, by takim psychotycznym osobnikom pozwolić przeżyć.

To nie wszystko. Widziałem, moim zdaniem, autentyczny cud. Otóż Jola w piątek wieczorem straciła kontakt z rzeczywistością. Nie miałem z nią żadnego porozumienia – przebywała już w jakimś innym, swoim świecie. Być może zaczęło się jej przesuwać przed oczami jej życie, bo wymawiała wiele nieskładnych zdań, często świadczących o tym, że odtwarza jakieś sytuacje z przeszłości. I oto w poniedziałek ok. południa przyszedł do niej ksiądz – i Jola nagle odzyskała pełną świadomość! Rozmawiała z księdzem najzupełniej przytomnie i normalnie! Wyspowiadała się, przyjęła rozgrzeszenie i sakrament chorych by ponownie zapaść w malignę trwającą już do samego końca.

Ksiądz, którego później poprosiłem o rozmowę i spowiedź, powiedział mi że widział wielu umierających i wie, że Jola należy do tych, którzy zmarli wypełniwszy swa życiową misję i dojrzeli do stawienia się przed obliczem Boga. Ja skądinąd od dawna już widziałem, że Jola śmierci się nie boi, bała się tylko cierpienia ostatnich chwil (co niestety nie zostało jej oszczędzone). "Ona już jest w Królestwie Bożym albo bardzo blisko niego" – stwierdził ksiądz z pełnym przekonaniem a ja mu wierzę.

Jestem dziś zupełnie innym człowiekiem. Poprzednia skóra została mnie zdarta; nowej jeszcze nie mam, na razie jest tylko jedna wielka rana. Ale ksiądz – niech Bóg błogosławi takich kapłanów – zostawił mi nadzieję. "Małżeństwo jest sakramentem, nie lepszym ani gorszym niż na przykład kapłaństwo, i jak każdy sakrament prowadzi do Boga" – powiedział. No więc widzę całkowicie jasno, że nasze małżeństwo zostało spełnione – ostatnim tchnieniem moja żona doprowadziła mnie do Boga. Czyż to nie cud? Mam też nadzieję dodatkową – w jednej z kościelnych publikacji przeczytałem, że małżeństwo sakramentalne, jakie nas łączy, ma wymiar wieczny…

Teraz oczyma duszy widzę Jolę, jak teraz siedzi w pięknym zielonym ogrodzie przy stoliku nakrytym białym obrusem, ze srebrną zastawą i uśmiechając się rozmawia ze swoim ojcem, z którym zawsze bardzo była związana. Nawiasem mówiąc, ona zawsze była głęboko przekonana, że ojciec się nią opiekował po swojej śmierci m.in. przestrzegając przed niebezpiecznymi sytuacjami na drodze (Jola prowadziła samochód po prostu okropnie i do dziś się dziwię, że nigdy nie miała poważniejszego wypadku). Kilka dni przed śmiercią w biały dzień ojciec odwiedził ją w swej ziemskiej postaci i sobie porozmawiali! Jola opowiedziała o tym naszej córce Magdzie – mnie, pamiętam, zaczęła mówić na ten temat ale coś nam przeszkodziło i nie dokończyliśmy rozmowy. Ponoć był całkiem "fizykalny"! Nie wiem zupełnie, o czym rozmawiali. Fakt, że od tej pory lęk przed śmiercią ustąpił z niej całkowicie.

Sen z 11 września, przed 5. rano

"Znajdujemy się z Jolą na niewielkiej leśnej polanie. Przyjechaliśmy razem naszym samochodem, który stoi opodal. Las jest raczej liściasty. Na polanie znajduje się sadzawkaczy może jezioro, wypełnione zimną, przejrzystą wodą.

Jola leży sobie na dnie sadzawki, czy może jeziora, przy brzegu, jednak na tyle głęboko że, choć woda jest czysta i przejrzysta, widzę ją tylko w zarysie ale twarz rozpoznaję bez wątpliwości. Po prostu zanurkowała i tak się relaksuje – bo na pewno żyje i jest spokojna. Trochę mnie to dziwi bo nurkowanie nigdy jej nie fascynowało, nie była wyrafinowaną pływaczką. Dziwi mnie ta sytuacja również dlatego, że woda jest zimna a Jola chłodu nie lubi; w ogóle dzień jest nieco chłodnawy.

Jola mówi do mnie: "Za tydzień mnie tu nie będzie". Dziwią mnie te słowa bo nie bardzo pojmuję, co ona ma myśli.

Obraz się zmienia – jestem na drugiej polanie czy może skraju lasu (tego samego), do którego dotarłem po krótki samotnym spacerze (sekwencja spaceru została jakby "wycięta" przez montażystę). Widzę, że na linii drzew stoi kilka samochodów. W większości (albo wszystkie) są to samochody wojskowe, choć mogą pochodzić z demobilu. Mam wrażenie że jest to albo wycieczka miłośników militariów, albo grupa żołnierzy którzy urwali się z ćwiczeń na relaks (żadnych ludzi jednak nie widzę).

Przez cały sen towarzyszy mi klimat spokoju, niemal sielskości, choć w powietrzu wyczuwam lekkie napięcie, jakąś "elektryczność", co każe mi przypuszczać, że jednak jest tu jakiś element niezwykły."

Budząc się odczułem bardzo silny lecz przyjemny "elektryczny" dreszcz. Zaczął się od głowy, stopniowo objął całe ciało, a potem ustąpił również rozpoczynając od głowy.

Wykluczam, by ten sen był jakimkolwiek odbiciem mego stanu ducha czy moich myśli. Poważny ale bynajmniej nie dramatyczny, spokojny, sielski klimat całej "fabuły" pozostaje w zbyt wielkim kontraście z moimi obecnymi, histeryczno-paranoidalnymi emocjami by można było tak sądzić. Mam głębokie przekonanie, że to był przekaz "z zewnątrz".

Rzadko miewam sny, o których cokolwiek pamiętam. Zazwyczaj jest tak że gdy mi się coś śniło to pamiętam treść w całości tuż po obudzeniu a potem ta pamięć szybko się zaciera – zazwyczaj do południa wiem już tylko tyle, że coś mi się śniło.

Tym razem jest odwrotnie – obudziłem się z poczuciem że coś mi się śniło ale nie bardzo nie wiedziałem co. Następnie treść snu przypominała mi się krok po kroku (ale dość szybko – po godzinie miałem już całość przed oczami). Po skompletowaniu wspomnienia pierwszą myślą było, że to tylko jakieś przypadkowe okruchy mojej znękanej podświadomości, dopiero potem narosło mi przekonanie że coś w tym może być.

Po dłuższej analizie mam głębokie przekonanie, że snem tym Jola opowiedziała mi o swojej śmierci, o tym jak to wyglądało z jej strony: "To było jakbym się utopiła (1). Ale nie umarłam – jestem teraz lekka, radosna i oczyszczona (2). Przez tydzień przebywałam w twojej bezpośredniej bliskości (3) i widziałam, jak bardzo rozpaczasz (4). Potem opuściłam ziemię i weszłam w Światło, w którego Kręgu teraz przebywam (5). Przesyłam ci tę wiadomość żebyś żył z poczuciem, że pamiętam o tobie i że nasze dusze nadal pozostają w ścisłym związku. Jeżeli zachowasz minimum dyscypliny i dobrze pokierujesz swoimi dalszymi losami, będziesz żył w spokoju, którego podstawy wspólnie wypracowaliśmy (6)".

(1) zmarła tracąc możność oddychania a więc tak jak przy topieniu,
(2) woda jest symbolem życia (chrzest!), zimna i czysta symbolizuje radość i oczyszczenie,
(3) przez pierwszy tydzień kilkakrotnie miałem silne wrażenie, że otrzymuję od Niej sygnały – ich omówienie to oddzielna historia,
(4) zbiornik wody stojącej – morze, jezioro – to widok melancholijny, zawierający motyw smutku,
(5) ostatnio kładę się spać potwornie zmęczony, szybko zasypiam, śpię twardo i budzę się między 5 a 6 godz. Z jednym wyjątkiem – niemal dokładnie w tydzień po odejściu Joli, ze środy na czwartek nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok w jakiejś na wpół przytomnej malignie, by ok. 2.00 nagle się rozbudzić w przekonaniu, że zdarzyło się coś bardzo ważnego. Po chwili zrozumiałem – Ona odeszła ze sfery ziemskiej i weszła w tunel prowadzący do Światła! Weszła w Światło! ("Za tydzień mnie tu nie będzie"). To było całkowicie intuicyjne albo bardzo silne wrażenie!
(6) samochód – to oczywiste: symbolizuje kierowanie swoim życiem.

Prawda, że wyrafinowana i przejrzysta symbolika? Jak widać, Jola oszczędziła mi opisu samego "topienia się", które widziałem z drugiej strony jako największy horror w swoim życiu i które również dla niej musiało być horrorem.

Możliwe, że powyższe tłumaczenie jest majaczeniem chorego z bólu i tęsknoty, ale tkwi ono we mnie bardzo silnie i jest źródłem nadziei – że nasza miłość jest naprawdę wieczna i że ostatecznie się spotkamy na łonie Pana Jezusa.

Ciekawa okoliczność – pierwszym widokiem, jaki ujrzałem tuż po obudzeniu, był ołówek leżący dokładnie na środku prześcieradła w miejscu, gdzie Jola zawsze spała. Otóż Jola przez wiele lat miała zwyczaj obracać w palcach ołówek lub długopis (chętniej ołówek) twierdząc, że pomaga jej to rozładować napięcie nerwowe. Czasami budziłem się w środku nocy na skutek ukłucia ołówkiem, którym ona bawiła się przed zaśnięciem. Tak więc moje pierwsze skojarzenie było natychmiastowe i oczywiste – Jola tu była! Ołówek na pościeli – absolutnie niezawodny osobisty "podpis" zrozumiały tylko dla mnie…

12 września

Jedyne, co od prawie dwóch tygodni trzyma mnie przy życiu, to modlitwa. Co najmniej dwukrotnie przyniosła efekt, który bez wahania określam jako cudowny akt Łaski. Gdy mam wrażenie, że serce mi zaraz pęknie (właściwie to niemal stale mam takie wrażenie) lecz muszę się opanować, by móc jakoś funkcjonować jako ojciec, dziadek a zwłaszcza szef firmy odpowiedzialny za swoich pracowników (to jest najtrudniejsze), modlę się do Jezusa o siłę umożliwiającą wytrwanie i podołanie obowiązkom. Co najmniej dwa razy, do tej pory, był taki krytyczny moment, gdy widząc że sam sobie nie poradzę, pogrążałem się w modlitwie i – otrzymywałem to, o co prosiłem! W sposób dla mnie całkiem niezrozumiały i zaskakujący.

 

Dzięki Ci , Panie, za dar modlitwy, uzyskany po ponad 50 latach ignorancji…

 

Udostępnij
BACK_TO_TOP_OF_PAGE